Nie było mnie wieki... Przepraszam, miałam dodać rozdział wcześniej, ale wszystko się tak dziwnie potoczyło...
Miała kompletny mętlik w głowie. Mętlik? Ha! Zdecydowanie mało powiedziane. Czuła się tak, jakby wewnątrz jej głowy grasowało stado wściekłych, rozszalałych i głodnych hipogryfów! Z westchnieniem ulgi padła na łóżko. O tak... Tego potrzebowała - odpoczynku. Zapomniała nawet o śladach krwi na jej piżamie, pozostawionych przez Malfoy'a. Dziewczyna otworzyła jedno oko i zerknęła na zegarek, stojący na szafce nocnej. Trzecia w nocy... świetnie. Nawet nie sądziła, że spędziła blisko trzy godziny w skrzydle szpitalnym. Z drugiej strony, mogła się tego spodziewać, zważywszy na fakt, że zanim udało się oderwać od niej blondyna, minęło sporo czasu. Nie, nie, nie, Hermiono! Czas na sen. Przestań o tym myśleć. Pewnie jutro wszystko wróci do normy. Tę noc, trzeba wymazać z pamięci. Tylko, czy to możliwe? Tak, tak, taak, Hermiono, to możliwe. Wszystkie te zdarzenia, które miały miejsce, wydawały się być tak nieprawdopodobne, że równie dobrze, możesz udawać, że to zwykły sen... czy też zwykły koszmar. Z tym postanowieniem, wgramoliła się pod kołdrę i udała się w objęcia Morfeusza.
Dziewczyna wstała całkowicie wyczerpana. Ból głowy minął, ale pozostało uczucie mętliku i zagubienia. Przeciągnęła się i spojrzała na zegarek. Równo dziewiąta rano. Wprawdzie były święta, brak lekcji, obowiązków, więc mogłaby zdrzemnąć się jeszcze choć chwilę, ale czuła, że mimo to, iż jest przeraźliwie zmęczona, nie zmruży już oka. Wstała z łóżka, omijając stosik pakunków, zdobionych przez różnokolorowe papiery dekoracyjne - nie miała ochoty zaglądać do środka, ponieważ tym samym w jej umysł wkradłyby się myśli, dotyczące jej przyjaciół, rodziny, tego, że była tak bardzo samotna... Nie! Ten dzień spędzi na wypoczynku. Nie będzie zaprzątała sobie głowy innymi. Zrelaksuje się przy kominku, nad dobrą książką, z kubkiem gorącej herbaty miętowej. Pokrzepiona tą myślą, podeszła do szafy, wzięła czysty podkoszulek oraz spodnie i weszła do łazienki. Przed lustrem zamarła. Okazało się, że nie tylko jej piżama była pokryta ciemnoczerwonymi plamkami, ale i cała jej twarz. Kiedy otrząsnęła się z szoku, zaczęła zmywać zakrzepłą krew. Patrzyła się jak zahipnotyzowana, na spływającą po wnętrzu umywalki, czerwoną ciecz. Wspomnienia wczorajszego dnia wróciły do niej, niczym smagnięcia bicza. Obiecała sobie, że nie będzie o tym myślała. Merlinie, obiecała to sobie! Jednak nie mogła tak postąpić. W końcu nie jest jakimś egocentrycznym, tchórzliwym Ślizgonem! Postanowiła, że zanim odda się swojej chwili przyjemności, pójdzie do profesor McGonagall, lub do pani Pomfrey i zapyta się o stan Malfoy'a.
Wyszła z wieży Gryffindoru, już czysta i świeża, kierując się do gabinetu jej opiekunki domu. Postanowiła, że tak będzie rozsądniej, gdyż do siedziby pani Pomfrey droga wiodła przez salę szpitalną, a tego miejsca chciałaby uniknąć... Zatrzymała się przed masywnymi, dębowymi drzwiami i zapukała dwa razy. Po chwili usłyszała głos czarodziejki:
- Proszę!
Otworzyła drzwi i weszła do środka, przystając niepewnie. Biurko nauczycielki całe zawalone było pergaminami, a ona sama wypełniała jeden z nich.
- Eee... Dzień dobry pani profesor. Chciałabym zamienić z panią słówko, ale jeżeli przeszkadzam, to mogę...
Nauczyciela właśnie skończyła pisać, stawiając na końcu wielką kropkę.
- Uff... Nienawidzę papierkowej roboty. Oczywiście, że nie przeszkadzasz, moja droga. I tak miałam zrobić sobie przerwę, bo ślęczę nad tym już od świtu. Teraz, kiedy Albusa nie ma, mam na głowie dodatkowe obowiązki. Proszę, nie stój tak. Siadaj, siadaj. Herbatki? - zapytała starsza wiedźma.
- Nie, nie, dziękuję, ja tylko na momencik - powiedziała Hermiona, siadając naprzeciwko. - Chciałabym dowiedzieć się co z Malfoy'em. Wie pani, tak jakby, jestem w to trochę... jakby to powiedzieć... zaangażowana?
- Wiedziałam, że przyjdziesz - odparła McGonagall, z radosnymi ognikami w oczach. - Nie zawiodłam się na tobie, Hermiono. Jesteś chlubą dla mojego domu. - Dziewczyna po tych słowach spiekła raka, ale nauczyciela zdawała się tego nie zauważać i mówiła dalej. - Co do pana Malfoy'a, to jego stan jest stabilny. Poppy podała mu wczoraj, a w zasadzie dzisiaj, sporą dawkę eliksirów nasennych i przeciwbólowych, więc na razie wszystko jest w najlepszym porządku. Obawiam się jednak, co będzie, kiedy on się wybudzi. W końcu nie możemy do końca życia faszerować go lekami... Cóż, nic nie jest do końca pewne. Poppy również zastanawia się nad tym, ale nic nie można dla niego zrobić w tym momencie. On jest zagubiony, ma kompletny chaos w głowie, można powiedzieć, że nie odróżnia teraz dobra od zła, myśli, że każdy chce go zranić, zaatakować. Wie tylko, że ty chcesz dla niego dobrze, gdyż to ty go uratowałaś. Ufa tylko tobie.
Po tych słowach Hermiona poczuła się bardzo źle. Czyli nadal będzie musiała opiekować się Ślizgonem, którego tak bardzo nienawidzi? Tylko tego jej do szczęścia brakowało...
- Co do Severusa - kontynuowała profesorka - Dla niego priorytetem jest odnalezienie sprawcy. Nie liczy na to, że ten przyzna się na jednym ze spotkań Śmierciożerców do tej zbrodni, ponieważ Ten - Którego - Imienia - Nie - Wolno - Wymawiać, nie toleruje tego typu incydentów w jego kręgu, bez pozwolenia, czy nakazu. Drugim powodem, jest fakt, iż napastnik wcale może nie być jednym ze sług Czarnego Pana, być może chciał zmusić Dracona, by ten przedstawił go Śmierciożercom, a ten nie wyrażał na to zgody, gdyż, młody Malfoy awansował na pozycję takiego, jakby... dowódcy młodych Śmierciożerców. To on decyduje kogo z pośród młodszych przedstawić Czarnemu Panu, kto na to zasłużył, kto jest godny. Tylko proszę, nie powtarzaj tego nikomu, to jest informacja tylko i wyłącznie dla kręgu wewnętrznego Zakonu Feniksa.
- Oczy... oczywiście nic nie powiem - powiedziała lekko wstrząśnięta dziewczyna. Wiedziała, że Malfoy jest jednym ze sług Voldemorta, ale, że aż w tym stopniu... - Pani profesor, a co z jego rodzicami? Czy nie powinni być wezwani do Hogwartu w związku z wypadkiem ich syna?
McGonagall o dziwo, zacisnęła pięści, i zapatrzyła się w ścianę ze ściągniętymi brwiami.
- Tak, powinni. Jednak dla niektórych życie własnego dziecka, jest nic nie wartym, bezużytecznym i błahym podmiotem. - Przeniosła wzrok z powrotem na dziewczynę. - Wybacz, ale muszę wracać do pracy.
- Naturalnie. Dziękuję za rozmowę - powiedziała to, wstała i wyszła, zostawiając nauczycielkę samą. Zdążyła jeszcze zauważyć, że McGonagall znów zapatrzyła się w przestrzeń, z tym dziwnym wyrazem twarzy, ni to wściekłym, ni to smutnym.
Będąc już na korytarzu, zastanowiła się nad słowami kobiety. Czy to możliwe, żeby rodzina Malfoy'a nie przejęła się jego stanem? To byłoby co najmniej dziwne... Przecież to ich jedyny syn. Nie rozumiała tego, jak można być takim... takim... okrutnym?! Już ona, ta która nie znosiła blondyna z całego serca, poświęciła mu więcej uwagi, niż jego rodzice... Pokręciła głową - nigdy nie zrozumie ludzi, dla których czystość krwi i status majątkowy, są najważniejsze. A co z innymi wartościami?! Jest jeszcze miłość, przyjaźń, życzliwość... Wygląda na to, że dla nich to nie ma najmniejszego znaczenia. No tak - czego mogłaby spodziewać się po ludziach takich jak Malfoy'owie?
Wreszcie dodałaś, nie mogłam sie doczekać :p
OdpowiedzUsuńDraco ma dziwnych rodziców, wtf o.O
Ciekawe, nad czym rozmyslała pani McGonagall...
Czekam na nn ;)
Też tak uważam. Zdenerwowali mnie w tym rozdziale...
Usuń