piątek, 17 października 2014

Rozdział 15

 
  Uczucia wypisane były na twarzy Malfoy'a, niczym w otwartej księdze, rozpoznawała je doskonale, wiedziała, co oznaczały, jednak mimo wszystko nie była w stanie ich nazwać. Stała tak jak zahipnotyzowana, wpatrując się prosto w bezgraniczną głębię oczu blondyna. Nie wiedziała co się z nią dzieje, nie wiedziała co czuje, dopóki Snape nie odchrząknął, popychając ją do przodu. Dopiero wtedy odwróciła wzrok i podeszła jeszcze parę kroków bliżej do trójki czarodziejów. Zakłopotana, popatrzyła się na profesor McGonagall, która skinęła jej głową, w geście aprobaty. Najwyraźniej Pani Pomfrey wyjaśniła jej, dlaczego profesor ją tu sprowadził, a ona popierała ten nieszczęsny plan...
Hermiona westchnęła i ponownie odwróciła twarz w stronę Malfoy'a. Nadal się w nią wpatrywał, tym samym wzrokiem co poprzednio. Tym razem postanowiła się nie zapominać i podejść do sprawy profesjonalnie. No... Na tyle profesjonalnie, na ile potrafiła. Może w przyszłości, po takich praktykach, zostanie jakimś światowej sławy magopsychologiem? 
Postanowiła zacząć od najbardziej neutralnych spraw, tak jak polecił jej Snape.
- Eee... Tak więc... Nazywam się Hermiona Granger - odezwała się cichym, lecz pewnym siebie głosem. Blondyn ani drgnął, nadal wpatrywał się w nią, jak w obrazek. Zaczynało ją to irytować. - Pamiętasz mnie? Chodzimy razem do szkoły, prawie od siedmiu lat.
Nareszcie jakaś reakcja! Malfoy powoli, bardzo powoli, pokiwał głową. Uznała to już za swój mały sukces. Była pewna, że z tego nic nie będzie.
- Pamiętasz Hogwart? Tak właśnie nazywa się nasza szkoła, przypominasz sobie? - Hermiona miała nadzieję, że i to pamiętał.
Kolejne, powolne kiwnięcie blond czupryną. Dziewczyna odetchnęła cicho. Na razie szło dobrze. Przynajmniej kojarzył najprostsze fakty.
- A co z twoimi przyjaciółmi? Pamiętasz ich? Crabbe, Goyle, Zabini, Parkinson? Kojarzysz ich może?
Brak reakcji. Chłopak patrzył się tylko na nią, jak wcześniej, tym samym wzrokiem. Nie wiedziała co to oznacza. Jak mógł pamiętać ją, Hogwart, a nie pamiętał osób, z którymi spędzał największą ilość czasu?   
- Dobrze. A może przypominasz sobie twoją matkę, ojca? Wiesz kto to Lucjusz i Narcyza Malfoy'owie? - próbowała dalej, spokojnie ciągnąc pytania. 
Chłopak zareagował, jednak nie tak jak poprzednio. Tym razem pokręcił wolno głową, dając jej do zrozumienia, że nie wie o kogo jej chodzi. To był dla niej chyba jeszcze większy szok, niż fakt, iż nie pamiętał przyjaciół. Zapytała najpierw o nich, gdyż mimo wszystko, więcej przebywał z przyjaciółmi, tu w Hogwarcie, niż z rodzicami. Była jednak pewna, że tych będzie pamiętał na pewno! W końcu rodzice, to rodzice... Nic już z tego nie rozumiała... Nie, żeby wcześniej rozumiała wiele... 
- No... Tak... A co z nauczycielami? Profesor Snape, który wykłada eliksiry i Obronę przed Czarną Magią, jest jednocześnie twoim ojcem chrzestnym i opiekunem domu w Hogwarcie, profesor McGonagall, która jest nauczycielką transmutacji, Pani Pomfrey, nasza uzdrowicielka...? - każdą z przedstawionych osób wskazywała gestem dłoni. - Pamiętasz którąś z tych osób? 
Spodziewała się dwóch scenariuszy. Po pierwsze, tego, że da jej znak ruchem głowy, lub tego iż nie odpowie jej w ogóle, tak jak to było przy poprzednich pytaniach. Gdyby nikogo nie pamiętał, zapytałaby, czy pamięta samego siebie. Dziwne byłoby to, iż wie tylko kim jest ona, i czym jest Hogwart, nie kojarząc nic innego. Nic się nie działo, chłopak nie dawał jakiegokolwiek znaku, że pamięta choć jedną z tych osób. Miała już zadać pytanie dotyczące jego osoby, kiedy nagle...
- Nie, nie pamiętam żadnej z tych osób, przykro mi Hermiono. 
Zamurowało ją. Czy ona śni? Czy to jest jakiś żart? Malfoy zwrócił się do niej po imieniu? Może jej to się tylko wydawało... Nigdy, nigdy, w przeciągu wszystkich lat w szkole nie wypowiedział jej imienia. W zamian słyszała tylko ,,szlamę'', ,,wiewiórę'', ,,Pannę - Wiem - To - Wszystko'' i wiele podobnych... Była do tego przyzwyczajona. Teraz, nie wiedziała co ma myśleć... Kiedy świat zwariował i dlaczego jej o tym nie poinformowano? Nawet zważywszy na stan chłopaka, który mógł wszystko tłumaczyć, była tak zszokowana, że nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku. Jednak to nie był koniec. Malfoy ciągnął dalej:
- Nie chciałem cię zawieść, wybacz. Staram się najbardziej jak potrafię, ale nic nie mogę sobie przypomnieć. Owszem wiem to, że nazywam się Dracon Lucjusz Malfoy, urodziłem się 5 czerwca, uczęszczam do Hogwartu, należę do Slytherinu, potrafię wyrecytować przepis eliksiru wielosokowego. Jestem czarodziejem wywodzącym się z rodu czystej krwi, pamiętam mój dom rodzinny, ale nie pamiętam samej rodziny, żadnego przyjaciela, nikogo, rozumiesz? Tylko ciebie. To tak, jakby ktoś wymazał mi wszystkie informacje dotyczące osób wokół mnie, oprócz tych, o tobie. Pamiętam cię, ale nie pamiętam ani jednej naszej rozmowy. Nie wiem jak to określić. Nie znam cię, ale czuję, że znam.
O Merlinie, pomyślała Hermiona. Nogi miała jak z waty, czuła, że zaraz zemdleje. Nie wierzyła, że Malfoy tak się do niej zwraca. ,,Halo, chłopaku, tu Granger! Ta, której nienawidzisz od przeszło sześciu lat! Ta, która dała ci w twarz na trzecim roku! Przyjaciółka Chłopca - Który - Niestety - Przeżył!'' 
Patrzyła się w oczy blondyna, próbując zrozumieć to wszystko. Jak to możliwe, że on pamiętał tylko ją? To, że go ocaliła, to dlatego? W nagrodę otrzymuje to? Sytuację, z której nie wie jak wybrnąć?
,,Nie znam cię, ale czuję, że znam.'' 
Merlinie, zrozumiałbyś co to znaczy? Bo ja tego nie pojmuję i czuję, że nigdy nie pojmę, pomyślała rozgoryczona... Co dalej? Co ona ma teraz zrobić? Czuła, że przyciąga kłopoty jak magnez... I to jej się w ogóle nie podobało. 
  

piątek, 18 lipca 2014

Rozdział 14

  Wybaczcie moją ponowną nieobecność. Czasem mam ochotę wyrzucić mój komputer przez okno i zatańczyć na jego pozostałościach... 
Rozdział krótki, ale już niedługo dalszy ciąg :)

  Ruszyła za Snape'm do Skrzydła Szpitalnego, z duszą na ramieniu. Czego miała się spodziewać? Może Malfoy'owi na jej widok wręcz przeciwnie - pogorszy się? Przynajmniej plusem tego byłby fakt, iż nie musiałaby widywać go częściej niż zwykle. Jak widać, jej rola psychologa nie dobiegła jeszcze końca...
Mistrz Eliksirów pędził jak szalony, przemierzając korytarze zamku - ledwo mogła za nim nadążyć. Gdzieś w połowie drogi wysapała:
- Pro... profesorze?
- Czego chcesz Granger? - warknął.
- Co... co dokładnie mam powiedzieć Mal... Malfoy'owi? 
- Po pierwsze - ledwo można cię zrozumieć. Zamiast siedzieć i obżerać się w Wielkiej Sali, mogłabyś popracować nad swoją kondycją. W końcu mamy wojnę i nigdy nie wiadomo czy w czasie walki nie przyjdzie ci używać siły fizycznej, a nie tylko magii. Po drugie - chyba już ci to wyjaśniłem!
- No tak... ale wolałabym jednak, żeby rozwinął Pan swoją myśl. Chcę być przygotowana. Nie przepadam za improwizacją. 
- Zdążyłem to zauważyć - mruknął mężczyzna. - Więc, skoro tak bardzo chcesz, rozwinę swoją wypowiedź, choć myślałem, że jesteś na tyle inteligentna, by zrozumieć o co mi chodziło - powiedział z wrednym uśmieszkiem wymalowanym na twarzy. - Na początku możesz się przedstawić, powiedzieć kim jesteś, jak się nazywasz. To wzbudzi jego zaufanie, chociaż myślę, że to nie będzie zbytnio potrzebne. Jestem pewien, że Draco ci ufa oraz, że pamięta, iż to ty go uratowałaś. Potem opowiedz mu o Hogwarcie, o jego rodzinie, nauczycielach, przyjaciołach. Nie naciskaj zbytnio na niego, nie zalewaj go potokiem tych informacji od razu, lecz dawkuj mu wszystko stopniowo. Nie wspominaj nic o wojnie, ani o Czarnym Panu. Wybierz tematy bardziej neutralne, typu nauka w Hogwarcie, czy coś w tym stylu... Na koniec zapytaj go, czy przypomniał sobie cokolwiek. Nawet najdrobniejszy szczegół, który powróci do jego pamięci, będzie sukcesem, zważywszy na to, w jakim stanie fizycznym znajdował się wczorajszej nocy.
W tym momencie stanęli przed drzwiami Skrzydła Szpitalnego. Hermiona nie wiedziała co czuje (oprócz lekkiego kłucia w okolicach klatki piersiowej, co spowodowane było oczywiście kosmicznym tempem Snape'a). Strach? Obawę? Ciekawość? Dlaczego zawsze ona musi mieć takiego pecha? Gdyby była egoistycznym Ślizgonem, lub tchórzliwym Puchonem, uciekłaby gdzie pieprz rośnie. Ale niestety - będąc w Domu Lwa jest zobowiązana do stawiania czoła wyzwaniom, jakim zdecydowanie był blondyn. 
- Na co czekasz Granger?! - Snape stał z jedną ręką na klamce, otwierając przed nią drzwi do pomieszczenia. 
Dziewczyna wzięła głęboki wdech, czując, że przeżywa jakieś deja vu. Niepewnie przekroczyła próg sali, rozglądając się w poszukiwaniu platynowej czupryny. Niestety - znalazła ją. Na ostatnim łóżku w rzędzie pod oknem, najbliżej gabinetu Pani Pomfrey. Chłopak siedział na posłaniu, w szpitalnej piżamie, niepewnie spoglądając na stojące nieopodal kobiety - Panią Pomfrey i profesor McGonagall. Najwyraźniej uzdrowicielka powiadomiła ją o wybudzeniu chłopaka. Żadne z nich nie zauważyło ich przybycia. Hermiona stała w miejscu, nie wiedząc, jak chłopak zareaguje na jej przybycie, kiedy Snape popchnął ją lekko w kierunku łóżka Malfoy'a.
 - Nie udawaj spetryfikowanej, tylko idź dalej - syknął.
 - Łatwo panu powiedzieć - powiedziała.
 - Nie odejmę punktów za to stwierdzenie, usprawiedliwiając cię trudnym stanem umysłowym. Cóż... gorszym niż zwykle - powiedział z przekąsem. - A teraz idź!
Dziewczyna westchnęła i powoli zaczęła kroczyć ku Malfoy'owi i kobietom. Chwilę potem trzy twarze obróciły się w jej stronę, a ona sama nie była zadowolona, kiedy rozpoznała uczucia wymalowane na jednej z nich...

wtorek, 24 czerwca 2014

Rozdział 13

  Dziękuję, Avadzie, za pomoc przy pisaniu tego rozdziału. Nawet nie pytajcie, gdzie miałam problem, bo nie uwierzycie (jestem beznadziejna). 
Rozdział krótki, ale wakacje czas zacząć, więc obiecuję, że będzie tego wszystkiego coraz więcej :)

  Postanowiła nie zaprzątać sobie dłużej głowy sprawami Malfoy'ów. Dużo miała swoich problemów, aby jeszcze robić za niańkę ich syna, a dodatkowo za psychologa rodzinnego. W tej chwili miała ochotę tylko i wyłącznie na śniadanie, które czekało na nią w Wielkiej Sali. Wchodząc do niej, podeszła do stołu Gryffindoru. Nikogo poza nią nie było w pomieszczeniu, więc mogła doświadczyć tego luksusu, jakim było jedzenie w ciszy. Sięgając po tosta, zastanawiała się jaką książkę by tu przeczytać, gdy przez jedno z okien wleciała sowa, którą znała bardzo dobrze. Poprawka - chyba każdy znał ją bardzo dobrze i potrafiłby rozpoznać tą konkretną sowę z odległości kilkuset metrów. Errol prawie wylądował w jej miseczce z owsianką, jednak Hermiona w porę go złapała.
- Jak się miewasz mój drogi? - zapytała, jednocześnie odwiązując list od nóżki zwierzęcia. Ptak zahukał, co raczej bardziej przypominało kaszel gruźlika, przyjął od dziewczyny połowę tosta, po czym niezdarnie wzbił się w powietrze i pofrunął ku oknu, z którego sączyło się jasne światło, zimowego przedpołudnia. Hermiona bezradnie spojrzała na list i otworzyła jasnobrązową kopertę. 

Kochana Hermiono!

  Nawet nie wiesz, jak nam Cię brakuje. Czuję się tak, jakby nie wszystkie moje dzieci były w domu. I tak w sumie jest, bo Ciebie i Harry'ego traktuję jak syna i córkę. 
  Nie uwierzysz ile osób się o Ciebie pytało. Każdy chciałby, abyś była z nami w święta. Ha! Znalazłoby się paru takich, którzy chcieli się wybrać do Hogwartu w celu ściągnięcia Cię do Nory, ale zgodnie z Twoją prośbą, powiedziałam, że chcesz spędzić trochę czasu w samotności. Mam nadzieję, że w Sylwestra będziesz już z nami, Moja Droga. Nie wiem, czy zdołam powstrzymać orszak, wybierający się do Ciebie, gdyby Twoje plany były inne.
  To tyle, Kochanie. Trzymaj się ciepło i pamiętaj o czapce, szalu i grubym swetrze, w razie, gdybyś chciała wyjść na zewnątrz. Dbaj o siebie i korzystaj z ciszy i spokoju. I proszę, nie gniewaj się na Rona. On nigdy nie myśli zanim coś powie. Co nie znaczy, że usprawiedliwiam jego zachowanie. Przemyśl wszystko jeszcze raz i wracaj do nas!

                                Uściski,
                                 Molly Weasley.

PS: Hermiono, zobaczyłem, jak pani Weasley pisze list i domyśliłem się, że jest on do Ciebie. Ani Ron, ani Ginny nie wiedzą o nim, bo gdyby było odwrotnie, to ta koperta nie pomieściłaby tylu słów. Tak więc, nie będę powtarzał tego wszystkiego, co mówiliśmy Ci przez ostatnie dni. Chcę, abyś wiedziała, że nigdy nie byłaś i nie będziesz sama. Tylko tyle. Wracaj do nas szybko, proszę. 

                                              Harry.

Dziewczyna westchnęła. Tyle emocji. Tyle uczuć. Pani Weasley jest dla niej jak druga matka, a Harry... cóż, Harry był osobą, z którą dogadywała się najlepiej na świecie. Zawsze ją rozumiał. Tylko on mógłby napisać taką krótką i treściwą wiadomość, która jednocześnie zawierała tysiące mentalnych słów, których nie dało się odczytać. Postanowiła zastanowić się nad Sylwestrem. Stęskniła się za nimi wszystkimi. Tak bardzo chciałaby tam być! Co tam po ciszy i spokoju, kiedy jest się samotnym i zagubionym? Miała nadzieję, że Ron również szczerze chciał ją tam widzieć. Może była zbyt przewrażliwiona, ale ona czuła, że on jej tam nie chce. To wszystko przez to jedno słowo - ,,szlama''. 
W zamyśleniu sięgnęła po dzbanek z herbatą. Nie zauważyła nawet tego, iż pewien profesor stoi nad nią od dobrych trzech minut chrząkając i kaszląc, tylko po to, by zwrócić na siebie jej uwagę. W końcu nie wytrzymał i wrzasnął:
- Panno Granger czy pani w ogóle kontaktuje?!
Dziewczyna aż potrąciła łokciem filiżankę, sprawiając tym samym, że gorąca herbata rozlała się na śnieżnobiały obrus.
- Profesorze Snape! Czy coś się stało?
- Poza tym, iż twoje włosy zakłócają odbiór bodźców zewnętrznych do mózgu? Zakładając, iż takowy w ogóle istnieje? Nie, nic poważnego. Jak na razie nic poważnego.
- Powie pan o co chodzi?! - warknęła.
- 5 punktów od Gryffindoru za ton, panno Granger. - Ściszył głos. - Dracon się wybudził.
Świetnie, już wiedziała, co to oznaczało.
- Czyli kolejny raz muszę odgrywać, jakże zaszczytną rolę, pluszowego misia? - zapytała z odpowiednią dozą ironii w głosie.
- Kolejne pięć punktów, Granger. Zrób to jeszcze raz, a będzie to pięćdziesiąt. 
- Przepraszam pana. To się nie powtórzy - odpowiedziała ze skruchą. Normalnie się tak nie zachowywała, ale te listy, Malfoy... To wszystko nie działało na nią uspokajająco, a wręcz przeciwnie - czuła się przez to okropnie skołowana.
- Oczywiście, że się nie powtórzy - odpowiedział mężczyzna. - Wracając do Dracona. Nie musisz już więcej, jak to określiłaś ,,odgrywać pluszowego misia''. Draco ma się dobrze. - Snape po tych słowach zawahał się na moment, lecz było to prawie niezauważalne. - Dobrze fizycznie - odpowiedział po chwili. - Gorzej jest z jego stanem psychicznym. On... nadal niczego nie pamięta, ale przynajmniej jest spokojny i można mu wytłumaczyć fakt, że musi leżeć na swoim miejscu i nie panikować. Wyjaśniłem mu, gdzie się znajduje, kim jestem i dlaczego tu jest, ale on nadal niczego sobie nie przypomina. Jesteś pierwszą osobą, Granger, zaraz po Poppy, której mówię o jego wybudzeniu, ponieważ, myślę, że może Dracon przypomni sobie coś wtedy, kiedy usłyszy fakty od ciebie. Dziś to będzie dużo łatwiejsze, ze względu na oczywisty fakt, że nie zachowuje się jak opętany.
- Czyli, znowu muszę tam być...
- Niestety, ale to jest obowiązkowe. Granger, musisz tylko opowiedzieć mu trochę o nim samym, o tym kim jest, jakich ma przyjaciół, gdzie jest, kim jesteśmy my... Myślę, że to może się udać. 
- Ale na brodę Merlina, on mnie nienawidzi! 
Snape westchnął, jakby modląc się do wszystkich świętych o jeszcze odrobinę cierpliwości.
- Ty kretynko - warknął. - Przecież ci mówię, że ON NIC NIE PAMIĘTA! Teraz kończ to śniadanie i marsz za mną do Skrzydła Szpitalnego, ale to JUŻ! 
Tak, zapowiadał się kolejny świetny dzień. Pełen relaks i odpoczynek... - pomyślała.

piątek, 23 maja 2014

Rozdział 12

  Nie było mnie wieki... Przepraszam, miałam dodać rozdział wcześniej, ale wszystko się tak dziwnie potoczyło... 

  Miała kompletny mętlik w głowie. Mętlik? Ha! Zdecydowanie mało powiedziane. Czuła się tak, jakby wewnątrz jej głowy grasowało stado wściekłych, rozszalałych i głodnych hipogryfów! Z westchnieniem ulgi padła na łóżko. O tak... Tego potrzebowała - odpoczynku. Zapomniała nawet o śladach krwi na jej piżamie, pozostawionych przez Malfoy'a. Dziewczyna otworzyła jedno oko i zerknęła na zegarek, stojący na szafce nocnej. Trzecia w nocy... świetnie. Nawet nie sądziła, że spędziła blisko trzy godziny w skrzydle szpitalnym. Z drugiej strony, mogła się tego spodziewać, zważywszy na fakt, że zanim udało się oderwać od niej blondyna, minęło sporo czasu. Nie, nie, nie, Hermiono! Czas na sen. Przestań o tym myśleć. Pewnie jutro wszystko wróci do normy. Tę noc, trzeba wymazać z pamięci. Tylko, czy to możliwe? Tak, tak, taak, Hermiono, to możliwe. Wszystkie te zdarzenia, które miały miejsce, wydawały się być tak nieprawdopodobne, że równie dobrze, możesz udawać, że to zwykły sen... czy też zwykły koszmar. Z tym postanowieniem, wgramoliła się pod kołdrę i udała się w objęcia Morfeusza.

Dziewczyna wstała całkowicie wyczerpana. Ból głowy minął, ale pozostało uczucie mętliku i zagubienia. Przeciągnęła się i spojrzała na zegarek. Równo dziewiąta rano. Wprawdzie były święta, brak lekcji, obowiązków, więc mogłaby zdrzemnąć się jeszcze choć chwilę, ale czuła, że mimo to, iż jest przeraźliwie zmęczona, nie zmruży już oka. Wstała z łóżka, omijając stosik pakunków, zdobionych przez różnokolorowe papiery dekoracyjne - nie miała ochoty zaglądać do środka, ponieważ tym samym w jej umysł wkradłyby się myśli, dotyczące jej przyjaciół, rodziny, tego, że była tak bardzo samotna... Nie! Ten dzień spędzi na wypoczynku. Nie będzie zaprzątała sobie głowy innymi. Zrelaksuje się przy kominku, nad dobrą książką, z kubkiem gorącej herbaty miętowej. Pokrzepiona tą myślą, podeszła do szafy, wzięła czysty podkoszulek oraz spodnie i weszła do łazienki. Przed lustrem zamarła. Okazało się, że nie tylko jej piżama była pokryta ciemnoczerwonymi plamkami, ale i cała jej twarz. Kiedy otrząsnęła się z szoku, zaczęła zmywać zakrzepłą krew. Patrzyła się jak zahipnotyzowana, na spływającą po wnętrzu umywalki, czerwoną ciecz. Wspomnienia wczorajszego dnia wróciły do niej, niczym smagnięcia bicza. Obiecała sobie, że nie będzie o tym myślała. Merlinie, obiecała to sobie! Jednak nie mogła tak postąpić. W końcu nie jest jakimś egocentrycznym, tchórzliwym Ślizgonem! Postanowiła, że zanim odda się swojej chwili przyjemności, pójdzie do profesor McGonagall, lub do pani Pomfrey i zapyta się o stan Malfoy'a. 
Wyszła z wieży Gryffindoru, już czysta i świeża, kierując się do gabinetu jej opiekunki domu. Postanowiła, że tak będzie rozsądniej, gdyż do siedziby pani Pomfrey droga wiodła przez salę szpitalną, a tego miejsca chciałaby uniknąć... Zatrzymała się przed masywnymi, dębowymi drzwiami i zapukała dwa razy. Po chwili usłyszała głos czarodziejki:
- Proszę!
Otworzyła drzwi i weszła do środka, przystając niepewnie. Biurko nauczycielki całe zawalone było pergaminami, a ona sama wypełniała jeden z nich.
- Eee... Dzień dobry pani profesor. Chciałabym zamienić z panią słówko, ale jeżeli przeszkadzam, to mogę...
Nauczyciela właśnie skończyła pisać, stawiając na końcu wielką kropkę. 
- Uff... Nienawidzę papierkowej roboty. Oczywiście, że nie przeszkadzasz, moja droga. I tak miałam zrobić sobie przerwę, bo ślęczę nad tym już od świtu. Teraz, kiedy Albusa nie ma, mam na głowie dodatkowe obowiązki. Proszę, nie stój tak. Siadaj, siadaj. Herbatki? - zapytała starsza wiedźma.
- Nie, nie, dziękuję, ja tylko na momencik - powiedziała Hermiona, siadając naprzeciwko. - Chciałabym dowiedzieć się co z Malfoy'em. Wie pani, tak jakby, jestem w to trochę... jakby to powiedzieć... zaangażowana?
- Wiedziałam, że przyjdziesz - odparła McGonagall, z radosnymi ognikami w oczach. - Nie zawiodłam się na tobie, Hermiono. Jesteś chlubą dla mojego domu. - Dziewczyna po tych słowach spiekła raka, ale nauczyciela zdawała się tego nie zauważać i mówiła dalej. - Co do pana Malfoy'a, to jego stan jest stabilny. Poppy podała mu wczoraj, a w zasadzie dzisiaj, sporą dawkę eliksirów nasennych i przeciwbólowych, więc na razie wszystko jest w najlepszym porządku. Obawiam się jednak, co będzie, kiedy on się wybudzi. W końcu nie możemy do końca życia faszerować go lekami... Cóż, nic nie jest do końca pewne. Poppy również zastanawia się nad tym, ale nic nie można dla niego zrobić w tym momencie. On jest zagubiony, ma kompletny chaos w głowie, można powiedzieć, że nie odróżnia teraz dobra od zła, myśli, że każdy chce go zranić, zaatakować. Wie tylko, że ty chcesz dla niego dobrze, gdyż to ty go uratowałaś. Ufa tylko tobie. 
Po tych słowach Hermiona poczuła się bardzo źle. Czyli nadal będzie musiała opiekować się Ślizgonem, którego tak bardzo nienawidzi? Tylko tego jej do szczęścia brakowało...
- Co do Severusa - kontynuowała profesorka - Dla niego priorytetem jest odnalezienie sprawcy. Nie liczy na to, że ten przyzna się na jednym ze spotkań Śmierciożerców do tej zbrodni, ponieważ Ten - Którego - Imienia - Nie - Wolno - Wymawiać, nie toleruje tego typu incydentów w jego kręgu, bez pozwolenia, czy nakazu. Drugim powodem, jest fakt, iż napastnik wcale może nie być jednym ze sług Czarnego Pana, być może chciał zmusić Dracona, by ten przedstawił go Śmierciożercom, a ten nie wyrażał na to zgody, gdyż, młody Malfoy awansował na pozycję takiego, jakby... dowódcy młodych Śmierciożerców. To on decyduje kogo z pośród młodszych przedstawić Czarnemu Panu, kto na to zasłużył, kto jest godny. Tylko proszę, nie powtarzaj tego nikomu, to jest informacja tylko i wyłącznie dla kręgu wewnętrznego Zakonu Feniksa.
- Oczy... oczywiście nic nie powiem - powiedziała lekko wstrząśnięta dziewczyna. Wiedziała, że Malfoy jest jednym ze sług Voldemorta, ale, że aż w tym stopniu... - Pani profesor, a co z jego rodzicami? Czy nie powinni być wezwani do Hogwartu w związku z wypadkiem ich syna? 
McGonagall o dziwo, zacisnęła pięści, i zapatrzyła się w ścianę ze ściągniętymi brwiami.
- Tak, powinni. Jednak dla niektórych życie własnego dziecka, jest nic nie wartym, bezużytecznym i błahym podmiotem. - Przeniosła wzrok z powrotem na dziewczynę. - Wybacz, ale muszę wracać do pracy.
- Naturalnie. Dziękuję za rozmowę - powiedziała to, wstała i wyszła, zostawiając nauczycielkę samą. Zdążyła jeszcze zauważyć, że McGonagall znów zapatrzyła się w przestrzeń, z tym dziwnym wyrazem twarzy, ni to wściekłym, ni to smutnym. 
Będąc już na korytarzu, zastanowiła się nad słowami kobiety. Czy to możliwe, żeby rodzina Malfoy'a nie przejęła się jego stanem? To byłoby co najmniej dziwne... Przecież to ich jedyny syn. Nie rozumiała tego, jak można być takim... takim... okrutnym?! Już ona, ta która nie znosiła blondyna z całego serca, poświęciła mu więcej uwagi, niż jego rodzice... Pokręciła głową - nigdy nie zrozumie ludzi, dla których czystość krwi i status majątkowy, są najważniejsze. A co z innymi wartościami?! Jest jeszcze miłość, przyjaźń, życzliwość... Wygląda na to, że dla nich to nie ma najmniejszego znaczenia. No tak - czego mogłaby spodziewać się po ludziach takich jak Malfoy'owie?

piątek, 25 kwietnia 2014

Rozdział 11

  Profesor McGonagall uchyliła drzwi.
- No dalej, Hermiono, jestem z tobą - powiedziała, zauważając, że dziewczynę przeszły ciarki, które były spowodowane kolejnym okrzykiem.
Dziewczyna wzięła ostatni, głęboki wdech. Zaraz potem wyprostowała się i zacisnęła pięści. Wkroczyła do pomieszczenia sprawnym, silnym krokiem, jednak zaraz po wejściu do skrzydła szpitalnego, stanęła jak wryta.
Wszystko było powywracane do góry nogami. Łóżka, które zawsze stały w równych rzędach, teraz porozrzucane były, niczym klocki. Podłogę i ściany, pokrywały różnokolorowe mikstury, oraz szkło, które zapewne pozostało po fiolkach. Jednak to nie wygląd sali zszokował ją najbardziej - Draco Malfoy biegał jak nawiedzony po całym pomieszczeniu, krzycząc tak, że mógłby zbudzić zmarłego. Jego twarz pokrywały szramy, z których ciekła krew. To było okropne. Przypominały jej się obrazy z mugolskich horrorów, gdzie dochodziło do opętania przez złe moce. Tuż za nim biegł Snape, którego twarz nie była wcale w lepszym stanie. Widać było na pierwszy rzut oka, że profesor długo już nie wytrzyma. Co do pani Pomfrey - ta stała z dala od Malfoy'a, trzymając różdżkę wysoko nad głową, jakby szykowała się do ataku.
Nikt nawet nie zauważył ich wejścia. Bardziej samolubna i egoistyczna część umysłu Hermiony, podpowiadała jej, żeby uciec, bo co niby miała zrobić?! Może krzyknąć do Malfoy'a - ,,Hej Draco to ja, Hermiona! Wiem, że mnie nienawidzisz, ale choć tu do mnie fretko, utulę cię do snu!''?! Jednak nie mogła posłuchać głosiku w jej głowie, który nakazywał jej ucieczkę. Zrobi wszystko, żeby pomóc. W końcu nie od parady jest Gryfonką! 
Chłopak w tym czasie przestał krzyczeć i wymierzył Snape'owi cios, prosto w jego długi, zakrzywiony nos. Profesor wydał z siebie okrzyk zaskoczenia i bólu, upadając na ziemię. Blondyn w tym czasie odwrócił się i z szaleńczym błyskiem w oku, spojrzał na stojącą nieopodal panią Pomfrey. Tak tylko rozszerzyła oczy i krzyknęła, prawie tak głośno, jak Snape, unosząc różdżkę jeszcze wyżej. Malfoy już ruszał w jej stronę, kiedy przerwał mu głos profesor McGonagall, która do tej pory nie interweniowała, chyba z powodu szoku. 
- Draconie Malfoy! Jeszcze jeden krok, a pożałujesz! Masz w tej chwili się uspokoić! Czy to jasne?! Panie Malfoy! Mówię do pana! 
Jednak chłopak nie zwracał uwagi na profesorkę. Kiedy tylko odwrócił się, w stronę McGonagall, zauważył obok niej Hermionę. Na jej widok otworzył usta i dziewczyna już pomyślała, że chce on wydać kolejny krzyk, lecz pomyliła się. Chłopak zaczął płakać. Płakał tak przeraźliwie, że aż upadł na kolana. Snape, który powoli dochodził do siebie, wstał i już chciał podejść do chłopka, ale powstrzymały do przed tym profesor McGonagall i pani Pomfrey, które wyciągnęły jednocześnie dłonie w kierunku Mistrza Eliksirów, nakazując mu pozostanie na miejscu. Hermiona nie rozumiała, dlaczego teraz nic nie robią! Chłopak leży na ziemi, bezbronny, więc powinni coś zrobić! Unieruchomić go, podać lekarstwa...
- Pani profesor, czy nie powinno się... - szepnęła, ale jej opiekuna domu przerwała jej, wskazując na Malfoy'a.
Chłopak podniósł się na kolana, i w takiej pozycji, wciąż płacząc, zaczął zbliżać się ku dziewczynie. Hermiona nie była pewna, co ma robić. Czego on od niej chce?! Przecież nic mu nie zrobiła! No, nie licząc dziesiątek klątw, wysłanych w jego kierunku, uderzenia w twarz, i tym podobnych, ale podobno Malfoy stracił pamięć, więc... Spojrzała niepewnie na profesor McGonagall, która skinęła jej głową. Ale co to miało znaczyć?!
Blondyn był coraz bliżej. Nawet gdyby chciała, to nie mogła uciec, była za bardzo sparaliżowana. Miała nadzieję, że jeżeli chłopak ja zaatakuję, to ktoś jej pomoże, ale przypomniało jej się, że nikt nie mógł dać mu rady, nawet, kiedy łączyli siły. Na samą myśl, zemdliło ją ze strachu.
Wstrzymała oddech, kiedy Malfoy dotknął dłonią jej buta, a potem położył na nim twarz, płacząc jeszcze głośniej. Była zszokowana. W pewnym momencie zaczął szeptać, głosem tak ochrypłym, że trudno go było zrozumieć. 
- Pomóż mi, błagam. Proszę, pomocy, błagam, błagam. Proszę cię...
W tym momencie wszystkie zahamowania zniknęły. W ich miejscu pojawił się żal, troska, smutek i współczucie. Hermiona zapomniała, że to Malfoy, zapomniała o tym, że to Śmierciożerca, zapomniała, o tych wszystkich przykrych rzeczach, których ona i jej przyjaciele, doświadczyli z jego strony. Teraz, widziała w nim biednego i skrzywdzonego chłopca. Musiała coś zrobić, jakoś mu pomóc...
Dziewczyna przyklękła, uważając, aby nie sprawić blondynowi bólu. Zaczęła głaskać jego plecy, włosy, szepcząc, że wszystko będzie dobrze. Malfoy podniósł głowę, podparł się na rękach, zaciskając z bólu szczękę, i wtulił twarz we włosy Hermiony. Kiedy zobaczyła jego twarz z tak bliska, dopiero zauważyła w jakim jest stanie. Nie chodziło tu tylko o stan fizyczny (choć jego buzia była cała pokryta rozcięciami, z których wypływała świeża krew). Jego oczy wyrażały czystą potrzebę bliskości. Zobaczyła w nich samotność, przerażenie, lęk... Otoczyła go ramionami, również zbliżając swoją twarz do jego blond czupryny. Oddech chłopaka powoli się wyrównywał, szloch ustawał. Nigdy by się do tego nie przyznała, ale było jej bardzo przyjemnie.
Nauczyciele i pani Pomfrey wpatrywali się w scenę, która rozgrywała się przed nimi, w zupełnej ciszy, z szeroko otwartymi oczami. Zapowiadał się bardzo ciekawy początek semestru...

środa, 9 kwietnia 2014

Witajcie!

  I jak Wam się podoba? Ja jestem zachwycona! Bardzo się napracowałam nad tym wyglądem, ale było warto, jest bez porównania lepiej, niż na poprzednim blogu. 
Mszę przyznać, że okropnie było przenosić te wszystkie rozdziały. Choć nie jest ich dużo, jest to strasznie nużące...
Więc, nowy rozdział już napisany, muszę go tylko przenieść - powinien pojawić się w piątek lub sobotę. Co do kolejnego, czyli dwunastego, nie pojawi się on przed 26 kwietnia, gdyż biorę się do nauki :)
Mam nadzieję, że nie jesteście rozczarowani zmianą adresu :) 


Rozdział 10

  Hermiona nie miała takiego szczęścia jak Harry- nie mogła pozwolić sobie choćby na próbę odpoczynku, czy snu. Nadal nie wiedziała o co chodzi nauczycielce, która właśnie teraz ciągnęła ją, szaleńczym tempem, przez opustoszałe korytarze Hogwartu. Po raz trzeci zapytała:
- Pani profesor, o co w tym wszystkim chodzi?!
Oczywiście, po raz trzeci, usłyszała to samo:
- Nie... ma czasu... na... wyjaśnienia- odpowiedziała zadyszana McGonagall.
Świetnie! Po prostu fantastycznie! Nie, spokój, Hermiono, zachowaj spokój. Dlaczego miałabyś być zła? To przecież normalne, że choć jesteś diablo zmęczona, to ktoś wyciąga cię z łóżka, nawet nie mówiąc gdzie zmierzacie! Miała już dość tego wieczoru, tej nocy, tego wszystkiego! Marzyła tylko o tym, żeby...
Nagle jej rozmyślania przerwał krzyk. Krzyk taki, jaki wydobywał się z gardła Malfoy'a, kiedy ten był traktowany Cruciatusem. Była tak padnięta, że nawet nie zwracała uwagi, w którą stronę idą, a w zasadzie biegną. Teraz uświadomiła sobie, że zbliżają się do skrzydła szpitalnego. To właśnie z tego pomieszczenia wydobywały się wrzaski. Kiedy były już prawie przy wejściu, profesorka obróciła się w jej stronę, puściła jej nadgarstek, ale złapała dłoń. Nadal miała zadyszkę, ale zamknęła oczy i wzięła kilka głębokich wdechów. W tym czasie krzyki tylko przybierały na sile.
- Przepraszam, że nic ci nie wyjaśniłam, ale nie było na to czasu- powiedziała, już spokojniejsza McGonagall. - W zasadzie nadal go nie mamy, ale przecież nie mogę cię tam wpuścić, tak bez przygotowania. Hermiono- spojrzała na dziewczynę z pełną powagą, wciąż ściskając jej dłoń- to co tam się dzieje, jest straszne. To oczywiście krzyki pana Malfoy'a. W środku są również Severus i Poppy. Wszyscy jesteśmy bezsilni. W tego chłopaka coś wstąpiło. Severus twierdzi, że to skutki tych wszystkich klątw, które zostały na niego rzucone, to samo Poppy. On nie daje się uspokoić. Kiedy go przenieśliśmy, jeszcze spał, ale w chwilę potem się ocknął i... i... Biega jak szalony, przy tym krzyczy, co pewnie słyszałaś i słyszysz nadal, kilka razy chciał się okaleczyć, ale interweniowaliśmy w odpowiednim momencie. Moglibyśmy go jakoś powstrzymać, ale nawet Severus nie daje mu rady siłowo. Próbowaliśmy razem go okiełznać i jakoś przyszpilić do łóżka, ale on ma siłę pięciu Hagridów! Poppy mówi, że widzi coś takiego pierwszy raz w życiu... Moglibyśmy użyć magii, ale on biega tak szybko, że pewnie zdołałby uniknąć tych wszystkich zaklęć! Hermiono, jesteś ostatnią nadzieją!
Wiedziała, że ma wyjątkowo głupi wyraz twarzy, ale po słowach jej mentorki, nie mogła zachować się inaczej.
- Eee... ale... ja...- wystękała, bo tylko na tyle było ją stać.
- Tak? - McGonagall była coraz bardziej nerwowa, co skutkowało mocniejszym uściskiem z jej strony.
- Mogłaby pani... - powiedziała dziewczyna, zerkając, na swoją dłoń, która w tym momencie była miażdżona przez nauczycielkę.
- Co? Ach... wybacz. To jak? Pomożesz nam? - zapytała.
- Ale, ja nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam. Profesor Snape, pani Pomfrey i do tego pani, nie dajecie sobie z nim rady, więc co ja mogę zrobić? Moja wiedza nie może równać się z... - nie dane jej było dokończyć, bo przerwał jej kolejny wrzask, tym razem głośniejszy od poprzednich. Jej opiekunka domu tylko westchnęła z niecierpliwością.
- Nie chodzi tu o wiedzę, talent, czy co tam jeszcze wymyślisz. On ci ufa, Hermiono. Ma zanik pamięci, więc nie wie kim jesteśmy, myśli, że chcemy go skrzywdzić. Nie wiemy ile ten stan potrwa, ale fakt jest taki, że nie pamięta niczego, ani nikogo, z wyjątkiem ciebie. Ty go ocaliłaś. Jestem prawie pewna, że przy tobie zazna spokoju.
- Ale to Malfoy, on przecież mnie nienawidzi! Kiedy odzyska pamięć, oskarży mnie o to, że się do niego zalecałam, lub co tam sobie ubzdura! Przecież pani wie, jaki on jest!
- Tak, wiem. Jednak to jest w tej sytuacji bez znaczenia. Na razie nie zanosi się na to, aby miał odzyskać świadomość, więc nie masz się czym przejmować, jednak kiedy to nastąpi, wtedy wymyślimy coś razem. Teraz koniec rozmów, musimy działać. Gotowa?
Nie miała innego wyjścia. Malfoy też był człowiekiem. Nie może skazać go na cierpienie, z powodu własnej dumy. Nie jest powiedziane, że mu pomoże, szczerze mówiąc, wolałaby aby znaleźli mu inny lek, niż jej osoba. Ale musi spróbować, w końcu nie jest jak, nie przymierzając, Malfoy.
- Tak, spróbujmy- westchnęła.
McGonagall posłała dziewczynie uśmiech, obróciła się do niej plecami, przeszła odległość dzielącą je od drzwi wejściowych do skrzydła szpitalnego, i położyła dłoń na klamce.

- Uprzedzam cię, że to nie będzie miły widok- powiedziała już w pełni poważna, zerkając na Hermionę, która tak jak poprzednio, jej nauczycielka, wzięła kilka wdechów, by się uspokoić i ruszyła przed siebie.